W języku polskim nie istnieje słowo, które oznaczałoby dbanie o siebie: o swoje dobre samopoczucie, zdrowie psychiczne, wewnętrzny spokój. Słowo, które wyrażałoby troskę o siebie i traktowanie siebie z co najmniej taką samą uwagą, z jaką traktujemy bliskich, a często nawet obcych ludzi.
Jest za to słowo „egoizm”, nasycone moralnym wstydem, pod które łatwo podpiąć każde działanie, w którym patrzymy na siebie. Dowiedziałam się, że taki stan rzeczy wynika głównie z naszej kultury, w której priorytetem jest wspólnota, nie jednostka.
Tylko czy takie podejście faktycznie służy tej wspólnocie? Uważam, że nie. Uważam, że to właśnie dlatego tak wiele osób jest sfrustrowanych, zmęczonych, nieszczęśliwych i agresywnych. Jak mówi stare przysłowie: z pustego i Salomon nie naleje.
W sanskrycie istnieje słowo atma-prema – miłość do własnej jaźni, do własnej duszy. Rozumiana jako warunek konieczny do tego, by w ogóle możliwe było kochanie czegokolwiek i kogokolwiek innego.
Podobną myśl wyraził Arystoteles, nazywając dobrą philautią znajomość i pielęgnowanie własnej natury i wiedział, że to właśnie ona jest fundamentem miłości do innych. To najbliższy filozoficzny odpowiednik słowa „egoizm”, który jako pierwszy rozróżnił ten zły od dobrego.
W kulturach nordyckich silna jest tradycja traktowania własnego dobrostanu jako wartości społecznej, nie przywileju, lecz odpowiedzialności. Jeśli chcesz być dla innych wsparciem, najpierw musisz znać siebie i dbać o siebie. Duńczycy mają na to własne słowo: selvkærlighed – miłość do siebie.
Nasze „egoizm” poszło tak daleko w stronę wstydu, że każde zwrócenie uwagi na siebie zamiast na innych uznajemy za coś złego. Teoretycznie to się zmienia: łatwiej nam dbać o siebie fizycznie, mówimy więcej o granicach, o odpoczynku, o własnych potrzebach. Ale wiele osób nadal nie potrafi odmówić spotkania tylko dlatego, że potrzebuje tego czasu dla siebie. Musimy mieć wymówkę i to naprawdę przekonującą, żeby nie zostać ocenionym i żeby samemu nie obarczyć się poczuciem winy za bycie samolubnym.
Przychodzi mi tu na myśl instrukcja bezpieczeństwa w samolocie: w razie dekompresji najpierw załóż maskę sobie, dopiero potem pomóż innym. To nie jest samolubstwo. To warunek, żeby w ogóle móc komuś pomóc.
Troska o siebie nie jest przeciwieństwem dbania o innych, nie jest też dla nich zagrożeniem. Własny dobrostan powinien być naszym priorytetem i naszą odpowiedzialnością. Nie kosztem otoczenia, lecz warunkiem, który sprawia, że troska o otoczenie w ogóle jest możliwa.
Potrzebujemy nowego słowa. I przede wszystkim potrzebujemy zmiany mentalnej.